Mój czas na wielkie plany jest zazwyczaj na przełomie lata i jesieni. Wtedy to zaczynam zwalniać, mój tryb życia przechodzi z fazy letniej, pełnej energii na „zimowego misia”. Jednak styczeń, nowy rok, moje urodziny, to kolejny moment na podsumowania i plany. Ale są to trochę inne plany – bardziej życiowe, bardziej dalekosiężne, bardziej odważne i bardziej marzycielskie.

Jak zwykle budzę się w połowie stycznia uświadamiając sobie, że minął kolejny rok i mamy już kolejny. Próbuję bronić się rękami i nogami od noworocznych postanowień, ale jakoś tak… nie wychodzi. Lubię nowe początki. Mogę planować wszystko od nowa, mieć czystą kartę, znowu zaczynać. Z drugiej strony wypada podsumować też minione miesiące, a jakoś ciężko to zrobić, kiedy wiesz, że nie za bardzo robiłaś cokolwiek co przybliżyłoby się choćby o krok do spełnienia Twoich marzeń. 

Jednak chorowanie sprzyja dużej ilości myślenia, układania sobie w głowie, przewartościowywaniu, zastanawianiu się czego chcę o życia, co chcę zmienić, a co można zostawić tak jak jest. Żeby już nie męczyć, przechodzę do sedna tego wpisu. Przedstawiam Wam więc:

One Little Word

Czy wiecie co to? To jedno ważne słowo, które będzie Was kierować przez cały rok. Pomoże w podejmowaniu decyzji, w wyzwaniach, w priorytetach. Ma towarzyszyć Wam z tyłu głowy i być taką „dewizą” w tym roku. Koncepcja została wymyślona przez Ali Edwards, więc u niej przeczytacie wszystko co trzeba. Polecam też wpis Kasi z bloga worqshop.

Długo myślałam nad słówkiem na 2018 rok. W tamtym było to „change”, jako że zmiany są dobre, że zmiany towarzyszą nam od zawsze i dlatego, że zmian boimy się najbardziej.

W tym roku w moim życiu nastąpi mnóstwo zmian, wiem o tym już teraz, jednak skoro było to słowo roku 2017, to chyba nie wypada wybierać znowu tego samego. Po głębszych przemyśleniach wybrałam więc słówko „wzywanie”.

Jednak w głębi serca jakoś go nie czułam. I wtedy, gdzieś koło 2 w nocy, między jednym kaszlnięciem a drugim kichnięciem moje myśli silnie zaczęły krążyć wokół tematów akceptacji siebie, kochania siebie, opiekowania się sobą, bycia ze sobą w zgodzie i bycia dla siebie dobrym. I jakoś tak doszło do słówka „selfcare„. I od razu poczułam, że to strzał w 10. Od długiego czasu pracuję nad swoją pewnością siebie, nad samoakceptacją i innymi takimi rzeczami związanymi z podejściem moim do samej siebie. W końcu brak wymówek. Kochanie siebie to nie bycie narcyzem, jak nas usilnie próbowano nauczyć. 😉 Dbanie o siebie i kochanie siebie to nie egoizm, ale droga do bycia szczęśliwym. A szczęśliwa ja oznacza szczęśliwe relacje które stworzę i dużo dobra wokół. 

Za często zaniedbywałam siebie na własne życzenie. Zbyt często stawiałam na bok swoje potrzeby, chociaż nikt mnie o to nie prosił. Zbyt często patrzyłam w lustro myśląc „niewystarczająca”. Ten rok pod tym względem ma być przełomowy. Od dbania o swoje zdrowie, o to co jem, o regularną aktywność fizyczną, poprzez dbanie o swój wygląd, tak zwyczajnie i po prostu. Ubierać się tak, żebym sama się sobie podobała, pomalować usta czerwoną szminką, robić częściej fryzury, w których czuję się kobieco. I najważniejsze być dla siebie dobrą – nie mówić „ty idiotko czemu się stresujesz”, tylko „kochana, jesteś super, wszystko będzie dobrze i wypadniesz fantastycznie”. 

A jako uzupełnienie do mojego One Little Word i postanowień noworocznych chcę Wam pokazać moją 

Vision Board

Co to Vision Board? To obraz naszych marzeń, tego co dla nas ważne, co chcemy osiągnąć. To wizualizacja tego jak chcemy by wyglądało nasze życie. Oczywiście to tak w skrócie. Zostawię Wam tutaj odnośnik do autorki projektu, u której na temat vision board możecie przeczytać znacznie więcej. 

 

Jak widzicie w centralnym (no prawie) miejscu jest moje słówko na 2018 rok. A wokół niego zdjęcia (oczywiście nie moje) z rzeczami, które są dla mnie ważne. O nich właśnie chcę pamiętać każdego dnia. Chcę pamiętać do czego dążę, o czym marzę, o co dbam w swoim życiu. To też trochę moje małe wyzwania.

  1. U góry cytat, bardzo ważny dla mnie, żebym pamiętała, żebym się w tym moim „comfort zone” nigdy nie zasiedziała.
  2. Splecione dłonie – symbolizują relacje. Przede wszystkim jedną z Nim, ale także wszystkie inne. Żeby dbać o to, że bliskość jest ważna, że ważne jest to, że jesteśmy w tym życiu Razem, a nie osobno. To też przypomnienie, żeby złapać za telefon trochę częściej, żeby odwiedzać, rozmawiać, spędzać wartościowy czas.
  3. Sypialnia. To nie mój wymarzony wystrój i to nie marzenie o własnych 4 kątach. To marzenie o byciu w tym mieszkanku we dwoje. Marzenie o tym, żeby mieć swoje miejsce, przytulne, do którego kocham wracać, spędzać czas, gotować, spać, czytać, przytulać się, zapraszać gości…
  4. Ateny. Symbolizujące oczywiście mojego zbliżającego się wielkimi krokami Erasmusa, ale także podróże, o których marzę. Chcę wykorzystać czas tam w 100%. W końcu spełnia się jedno z moich marzeń – pomieszkać kilka miesięcy za granicą, w ciepłym kraju, najlepiej w czasie polskiej zimy. Chcę też się przełamać i zacząć więcej latać. Nie jestem super podróżnikiem i raczej nigdy nie będę. Nie wyobrażam sobie bycia w podróży miesiącami. Nie ciągną mnie dziwne destynacje i dalekie kraje. Ale nigdzie mój mózg tak nie odpoczywa jak będąc w podróży. Wchodzę wtedy w jakiś niesamowity stan, kontakt z przyrodą mnie uspokaja, a ja wracam naładowana pozytywną energią i pomysłami.
  5. Biurko symbolizujące moje marzenie, powiedzmy zawodowe, czyli pracę zdalną. Tak, wiem jakie są plusy i minusy. Tak wiem, że może mi się odmienić. Ale na ten moment zyskanie 2h w ciągu dnia, które poświęcam na dojazdy to wystarczający powód aby takiej pracy chcieć. Jest więcej argumentów, ale zostawię je dla siebie. 🙂
  6. Dziewczyna stojąca na przedramionach w wygięciu i druga robiąca szpagat symbolizują kilka rzeczy. Po pierwsze i przede wszystkim regularną aktywność fizyczną dla zdrowia fizycznego i psychicznego. Po drugie – joga. Chcę ją praktykować w większym stopniu niż teraz. Po trzecie medytacja, związana ściśle z jogą, której wciąż zdecydowanie za mało w moim życiu, a zdecydowanie bardzo jej potrzebuję. Po czwarte – moje osobiste wyzwanie: szpagaty, większe wygięcia, figury akrobatyczne takie jak stanie na rękach, przedramionach, przerzuty itd.
  7. Książki – ostatnimi czasy jest ich w moim życiu za mało. A czytać kocham. 30 stron dziennie wydaje się realnym, osiągalnym i dobrym pomysłem. Bez żadnych wyzwań typu 52 książki w rok, albo 4 na miesiąc. Wszystko w swoim tempie. A w dłoni oczywiście ulubiona kawa lub herbata.
  8. Salsa – jestem zakochana w latynoskich rytmach, a salsa wydaje się być dobrym pomysłem jeśli coś w tam środku skacze za każdym razem jak widzę jak ktoś tańczy w tych rytmach. Może uda się  zapisać gdzieś w Atenach, a jak nie to zdecydowanie po powrocie jest to mój must! 🙂
  9. Kolejny cytat – bo docenianie małych rzeczy, codzienności, tego co mam, dokonuje cudów. Chcę pozbyć się myślenia, że potrzebuję czegoś – nowego ubrania, samochodu, mieszkania, komputera, telefonu. Jeżeli nie docenię tego co mam teraz, to tamte rzeczy też mi się znudzą. A kolejna lekcja – najważniejsze jest to co noszę w sercu, a nie to co posiadam. To też taka moja cicha deklaracja do wstąpienia w szeregi minimalistów.
  10. Zdrowe jedzenie – czyli oczywiście symbol zdrowego odżywiania. Nie ma co się oszukiwać, moje odżywanie woła od jakiegoś czasu  pomstę do nieba. Zresztą zwalam na to spadek m.in. mojej odporności.  Dlatego czas wrócić na dobre tory.
  11. Design – moje małe marzenie. Chciałabym rozwijać się i uczyć grafiki komputerowej. Żeby znaleźć w tym zawodzie pracę. I przy okazji zacząć na dobre przestawić się na korzystanie z tabletu graficznego!

 

To chyba tyle. Jak tak patrzę na ten wpis, to wcale niemało się tego uzbierało, ale jakoś tak jestem nastawiona pozytywnie na ten rok. Życzcie mi tylko powodzenia i trzymajcie kciuki, żeby wszystko co sobie zaplanowałam się udało. 🙂